W tekście pochodzącym z VI w. z Tbilisi czytamy, że Matka Boża po Wniebowstąpieniu swojego Syna przechowywała obraz na płótnie, który powstał w grobie Pana Jezusa. Otrzymała ten wizerunek od samego Boga, aby mogła się modlić, patrząc na oblicze swojego Syna. Wolskiej w Warszawie rozpowszechniają nieodpłatnie wizerunek Oblicza Pana Jezusa, odtworzony na podstawie Całunu Turyńskiego. Oblicze Jezusa opatrzone jest przesłaniem Proroka Izajasza: „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale Miłość Moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54, 10). Stworzenie wizerunku Jezusa Chrystusa jest o tyle trudne, że nigdzie w Nowym Testamencie nie ma żadnego opisu jego wyglądu. Nie odkryto też żadnych przedstawiających go rysunków. Nie ma śladów DNA, bo nie ma szczątków kostnych. Dzisiejszy obraz to konsekwencja 2000 lat ewolucji koncepcji artystycznych. Dominuje zachodni sposób Obrazek Oblicze Pana Jezusa z Całunu Stan Nowy Wysokość produktu 10 cm Szerokość produktu 5.5 cm. 1, 00 . Jeśli obraz nie sprzyja modlitwie, jeśli jej przeszkadza, lepiej wynieść go z kościoła i powiesić w galerii - jeśli jest wartościowy artystycznie - z Mateuszem Środoniem rozmawia Daina Kolbuszewska Daina Kolbuszewska: W Starym Testamencie Mojżesz chce zobaczyć twarz Boga i wtedy Bóg odpowiada, że żaden człowiek nie może zobaczyć Jego oblicza… Mateusz Środoń: …bo by zginął. I Bóg pokazuje się Mojżeszowi, odchodząc. Z jednej strony jest w człowieku wielka chęć, żeby to oblicze zobaczyć… …to pragnienie można odnaleźć na przykład w psalmach… …a z drugiej strony nie może go zobaczyć. Czy można je namalować? Weszliśmy w ten sposób w problematykę teologii ikony, która funkcjonowała implicite - choć nieokreślona dogmatycznie, ale obecna w życiu Kościoła - przez pierwsze siedem wieków. Kontrowersja ikonoklastyczna (VIII-IX w.) dotyczyła dokładnie tego - czy można namalować twarz Boga. Kościół sformułował wówczas odpowiedź teologiczną: można malować ikony, choć nie można ich było malować w Starym Przymierzu. Wcielenie jest momentem, w którym niewidzialny Bóg stał się widzialny… Nowy Testament uprawomocnia malowanie Boga? Filip prosi Pana Jezusa: "Panie, pokaż nam Ojca…". A Pan Jezus odpowiada "Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: »Pokaż nam Ojca?«". Dla mnie te słowa są szalenie ważne i radykalnie odpowiadają na pytanie, czy można namalować Boga. Mówią, że można zobaczyć Boga i jednocześnie, że nie należy przedstawiać Ojca. Jezus mówi, że on jest obrazem Ojca i zaznacza - nie musisz prosić o więcej. Z czasem w sztuce sakralnej pojawiła się chęć, żeby pójść krok dalej. Namalować obraz Ojca. Ale to, zgodnie z teologią ikony, już nie jest właściwe. Ojciec ukazał się w Synu. Dlaczego zachowujemy się jak Filip? Chcemy postawić na swoim… To bardzo ludzkie! Ojcowie VII Soboru, który kończy kontrowersję ikonoklastyczną, mówią, że możemy malować ikony, ponieważ Chrystus stał się widzialny. Przestał być tylko słowem, stał się także obrazem, można Go było zobaczyć. Czy próby tworzenia boskiego wizerunku nie są zagrożeniem miłości do Boga? Ksiądz Józef Tischner - mówiąc w którymś z wywiadów o teologii negatywnej - powiedział wręcz, że "Bóg zawsze przychodzi inaczej i jest większy od wszelkich obrazów Boga". Obraz możemy rozumieć zarówno w sensie przenośnym, jak i dosłownym. Jak to się ma do sztuki sakralnej? Tworzenie wizerunku jest zawsze jakąś próbą, jakimś dążeniem. Otwarciem się na łaskę i otrzymaniem tej łaski - jakiejś jej "porcji". Pan Jezus mówi - "Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy". W moim rozumieniu Duch Święty cały czas prowadzi Kościół do prawdy. W jakimś sensie również oblicze Boga objawia nam stopniowo. Możemy to zobaczyć w historii Całunu Turyńskiego, który w XX wieku objawił nam na nowo twarz, która leży u podstaw sztuki sakralnej. Jedna z najstarszych zachowanych ikon z Góry Synaj z VI wieku w ewidentny sposób jest powtórzeniem całunu. Dziwne anomalie wizerunku Chrystusa z ikony, które nie są zrozumiałe z plastycznego punktu widzenia, jej nieharmonijność, staje się zrozumiała, kiedy położy się obok zdjęcie całunu. Twarz z całunu była dla chrześcijaństwa bardzo ważna, a objawiła się na nowo, dzięki fotografii, na przełomie XIX i XX wieku. Kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy, było to dla mnie bardzo duże przeżycie. Dostałem zdjęcie od niewierzącego kolegi, Francuza, który miał pewną słabość do św. Franciszka i tej właśnie twarzy. Nie znałem historii, która stoi za całunem - dopiero potem stopniowo ją poznawałem - natomiast miałem niesamowite, intensywne przeżycie zetknięcia z obrazem, który znam i którego jednocześnie nie znam. Bardzo się we mnie wryło to doświadczenie, dobrze je zapamiętałem. Wrażenie, że widzę zdjęcie Kogoś, Kogo znałem z kiepskich portretów; odczucie, że znam tę twarz, a nigdy nie widziałem jej tak prawdziwej. Czy miało to wpływ na pański sposób malowania ikon Chrystusa? Twarz z całunu jest dla mnie rodzajem archetypu, punktem odniesienia, który staram się mieć przy sobie, kiedy maluję, a szczególnie wtedy, kiedy maluję Chrystusa. Mam poczucie niewystarczalności sztuki - istnieje wiele przedstawień Jezusa, ale kiedy zobaczyłem twarz z całunu, ujrzałem coś prawdziwszego, mocniejszego, bliższego, co przemówiło do mnie mocniej niż wszystkie wizerunki, które dotychczas znałem. A jednocześnie pamiętam do dziś modlitwę w parafialnym kościele. Byłem wtedy nastolatkiem. Była to modlitwa wobec przedstawienia krzyża. Teraz patrząc na ten krzyż, powiedziałbym, że to jest kicz. A jednak pozwolił mi głęboko wejść w modlitwę. Sztuka sakralna, pomimo swej niewystarczalności, jest narzędziem. Takie jest jej znaczenie, cel? Być narzędziem? Tak, jest narzędziem przydatnym w drodze. Potem nie będzie nam potrzebna! Podstawowym kryterium oceny sztuki sakralnej, która ma mieć funkcję liturgiczną, jest to, czy pomaga modlitwie. Jeśli obraz nie sprzyja modlitwie, jeśli jej przeszkadza, lepiej wynieść go z kościoła i powiesić w galerii - jeśli jest wartościowy artystycznie. Fenomen świętych obrazów polega właśnie na tym, że pozwalają ludziom głęboko wejść w modlitwę. Mówił pan, że kiczowaty krzyż może wyzwolić głębokie przeżycie modlitewne. Kryterium estetyczne nie jest ważne? Pan Bóg nie jest związany kryterium estetycznym. Głęboka modlitwa może się wydarzyć również przy czymś, co nie ma większej wartości artystycznej. Ale to mnie, jako malarza ikon, nie zwalnia z wysiłku podejmowania prób ukazania piękna w obrazie. Słabość estetyczna obrazu może jednak przeszkadzać, tym bardziej, im bardziej ktoś jest wyrobiony estetycznie. Dotknął Pan kwestii wyrobienia estetycznego. Może słynne oleodruki z Ostatnią wieczerzą są popularne, bo to jest estetyka, która jest znajoma? Czy dlatego niektóre realizacje Jerzego Nowosielskiego w kościołach katolickich bywają nieakceptowane, bo są estetycznie obce? To jest kwestia niezwykle ważna w polskiej kulturze i wymaga precyzyjnego dopowiedzenia. Kwestii Nowosielskiego nie można sprowadzić tylko do obcej estetyki. W kościołach katolickich znajdują się przecież dzieła sztuki wschodniej i bywają bardzo cenione przez wiernych. Kaplica św. Trójcy na zamku lubelskim, namalowana przez wschodnich mnichów, była bardzo szanowana i doceniana przez wiele wieków jako udany przykład sztuki sakralnej. Problem z recepcją dzieł Nowosielskiego w kościołach łacińskich (ale także w kościołach prawosławnych) to coś poważniejszego niż wyłącznie kwestia estetyki. Jeśli chodzi o ich wartość estetyczną, jest ona bezspornie wysoka, to dzieła genialne od strony formalnej. Ale pozostaje jeszcze problem modlitwy. Ludzie bez wrażliwości modlitewnej, ale z wrażliwością estetyczną powiedzą: genialne wnętrze. Jednak problemem jest zawartość duchowa tych dzieł. Znam kobietę prawosławną, która weszła do dolnej cerkwi na warszawskiej Woli wymalowanej przez Nowosielskiego i powiedziała, że więcej tam nie wejdzie. I nie chodziło jej absolutnie o kwestie estetyczne. Ze sztuką Nowosielskiego mam spory problem. Byłem zafascynowany tym malarstwem, zawoziłem nawet zdjęcia z kościoła Opatrzności Bożej w Warszawie-Wesołej [Nowosielski wykonał do niego polichromie i ikony drogi krzyżowej] do szkoły malarstwa bizantyjskiego w Grecji, w której się uczyłem. Nadal szalenie cenię Nowosielskiego i inspiruję się nim w pewnych kwestiach, ale próbuję teraz rozgraniczać i definiować kwestie estetyczne i duchowe. Nowosielski to genialny malarz, wybitna postać sztuki nowoczesnej, ale w jego dziele jest głębokie pęknięcie. Sam mówił, że w czasach współczesnych zdarzają się pozytywne artystycznie manifestacje zła w sztuce i jako przykład podawał Francisa Bacona. Poznając dzieła Nowosielskiego, jego myśl, jego życie, zacząłem dochodzić do przekonania, że tak jest również z jego sztuką. Nie można wszystkich jego dzieł wrzucić do jednego worka, ale są rzeczy, które niosą głębokie, negatywne przesłanie. Nowosielski otwarcie mówił o swoim manichejskim sposobie widzenia świata, zła obecnego w świecie. Ludzie to podskórnie wyczuwają. Zdarzają się w związku z tym niemal humorystyczne sytuacje. W cerkwi Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Gródku polichromie wykonali Nowosielski i Adam Stalony-Dobrzański. Słyszałem, że ciężarne kobiety z parafii w Gródku nie chodzą do cerkwi, bo się boją, żeby na dzieci coś nie… przeskoczyło. Ludzie wyczuwają w tej sztuce coś niepokojącego. Pamiętam, że kiedy wróciłem do studiowania sztuki Nowosielskiego po kilku latach niezajmowania się nią, już z dystansem do swojej młodzieńczej fascynacji, to zarówno oglądając album Pascha ikony z jego realizacjami kościelnymi, jak i czytając wywiady z książki Mój Chrystus, czułem przygnębienie... Nie rozumiałem nawet do końca, dlaczego… Czy zdarzało się, że inne wizerunki też wywoływały u pana takie wrażenie? Oglądałem kiedyś wybitną artystycznie bizantyjską ikonę Chrystusa Pantokratora z ok. XIV wieku, która miała twarz smutną, wykrzywioną, jakby w rozpaczy. To było coś dziwnego, miałem wrażenie, że coś w niej było nie tak. A drugie takie doświadczenie związane było z oglądaniem albumu fresków z XVI-XVII wieku z wyspy w pobliżu miejscowości Ioannina na północy Grecji, na której jest kilka klasztorów. Jedna rzecz mnie przy ich oglądaniu bardzo uderzyła, coś, co według mnie nie licowało ze sztuką ikony, czego nie powinno tam być - przedstawienia męczeństwa, bardzo dosłowne. Te sceny brutalności wydały mi się niespójne ze światem ikony. Nie była to intelektualna refleksja, raczej wrażenie. Freski powstały w okresie niewoli tureckiej i wyobrażone na nich męczeństwo było realną perspektywą. Ale pytanie brzmi: czy pokazywać męczeństwo w sposób tak dosłowny? Mam wątpliwość. W tym miejscu pojawia się kwestia osoby, która tworzy. Tak, to ma duże znaczenie. Jej wewnętrznego świata? Tego, na co się otwiera. Malarze ikon podpisują się na odwrocie swego dzieła greckim słowem "ręka". Idea jest taka, że dajemy rękę... …ta ręka jest prowadzona. I mamy się modlić, żeby była prowadzona przez Boga. Ale oczywiście możemy się otworzyć na inne rzeczywistości duchowe. Komentując malarstwo, mówi się, że linia, plama są środkami wyrazu. Można to sformułowanie potraktować czysto technicznie jako określenie środków plastycznych użytych w obrazie. Ale można też zobaczyć jego głębsze znaczenie - owe "środki wyrazu" rzeczywiście "wyrażają" - przekazują wewnętrzną rzeczywistość autora. Mówił pan o brutalnym, dosłownym przedstawieniu męczeństwa - im więcej realizmu, tym mniej głębszej kontemplacji? W sporze z czystą abstrakcją jestem po stronie realizmu rozumianego jako operowanie językiem form jednoznacznie odnoszących się do rzeczywistości widzialnej. Ale widzę potrzebę abstrakcyjnej struktury obrazu i ona właśnie mnie bardzo w ikonie przyciągała. Ikona jest realistyczna i abstrakcyjna zarazem. Operuje symbolem, ale jest to język dostępny dla każdego. Na pewnym poziomie możemy ją odebrać bez szczególnej wiedzy teologicznej, umiejętności egzegezy, "co autor miał na myśli". Stoi to w opozycji do hermetycznej często sztuki współczesnej, którą rozumie tylko jej autor i krytyk. Mówiąc o realizmie, miałam na myśli emocje mocno eksponowane w sztuce zachodniej. Czy tego typu emocjonalny realizm na pewnym poziomie nie jest w opozycji do wewnętrznej głębi obrazu, wymagającej kontemplacji? Jeśli patrzę na realistyczny obraz Chrystusa na krzyżu, na którym widać Jego ogromne cierpienie, to jest to innego rodzaju odbiór, niż kiedy patrzę na ikonę. W porenesansowej tradycji malarstwa zachodnioeuropejskiego można znaleźć obrazy realistyczne, które mają dużo wspólnego z ikoną i mogą prowadzić do głębokiej modlitwy. Bardzo mocnym przykładem jest Powrót syna marnotrawnego Rembrandta van Rijna, który wydaje mi się wewnętrznie bliski tradycji ikony, choć wykonany w realistyczny sposób. Ten obraz jest szalenie skupiony, kontemplacyjny. Według mnie Rembrandt zastosował pewne środki artystyczne, które są wykorzystywane w ikonie - choć w inny sposób. W klasycznej ikonie bizantyjskiej liczba szczegółów w przedstawieniu szat jest ograniczona, by skupić uwagę na twarzy. Ograniczona jest też liczba szczegółów tła… Rembrandt wycisza emocje… Powiedzenie, że emocje stoją w sprzeczności z głębią przeżycia religijnego, byłoby uproszczeniem. Pamiętam z okresu studiów w Strasburgu swoje przeżycie związane z wykrzywioną ekspresyjnie ręką Chrystusa na krzyżu w obrazie Mathiasa Grünewalda. Ujawniające jakąś prawdę. Delikatny temat… Mamy Grünewalda i mamy Bacona. Ten sam temat - Ukrzyżowanie - a czuje się w ich dziełach odwrotne znaki. U Grünewalda jest coś, co powoduje, że przeżywam mękę, współczując, i to nie burzy mojej wiary i odniesienia do Boga. U Bacona ten ważny znak zostaje zredukowany do biologiczności, cierpienia samego ciała. Paul Evdokimov w Sztuce ikony… pisze, że "[…]wraz z porzuceniem ikony rozmowa ducha z duchem ustąpiła miejsca emocjom, rozczuleniu". Albo się czuje prawdę w obrazie, albo fałsz, teatralność. Bez względu na to, czy jest to ikona, czy nie. Bo w ikonach, np. ukrzyżowania, czy Matki Bożej opłakującej Syna, też są obecne emocje, ale powściągnięte, uwewnętrznione. Natomiast ukazywanie emocji histerycznych, teatralnych jest dla mnie rażące i nie ma w moim przekonaniu wiele wspólnego z ukazaniem głębokiego przeżycia religijnego. W każdym lokalnym Kościele istnieją cudowne wizerunki szczególnie czczone ze względu na wiarę w cuda, które mają się za wstawiennictwem przedstawionych na nich świętych, Chrystusa, Matki Boskiej… dokonywać. Na ile taki kult staje się formą "rozczulenia", a na ile głębokim przeżyciem? Jeśli dzieją się cuda, to nie obraz czyni cuda, lecz Bóg, wtedy gdy człowiek głęboko wejdzie w modlitwę. Jest w tym oczywiście całkowita autonomia Boga, który wybiera jakieś miejsce, czas i obraz, który w tę modlitwę pomaga wejść. W kościele św. Krzyża w Warszawie znajduje się obraz Judy Tadeusza, czczony jako cudowny. Mały skromny obraz, prawie rysunek. Nie bardzo kolorowy. Sama autorka podobno, nie wiem, ile jest w tym prawdy, powiedziała w rodzinnym gronie: "Nie rozumiem, najgorszy mój obraz, ale czyni cuda!" (śmiech). Nie jest to obraz efektowny. Natomiast miałem wrażenie, kiedy go widziałem z bliska, że mogę sobie z Judą Tadeuszem przy nim porozmawiać. Bywają z drugiej strony pewne wizerunki, które okazują się dla wiernych nie do przyjęcia. W parafii w Brodach koło Poznania ksiądz postanowił postawić przed kościołem figurę Matki Boskiej brzemiennej. Wzbudziło to ogromny opór parafian, choć temat jest w sztuce sakralnej znany. Trudno mi tę sytuację skomentować, nie znam szczegółów. Pojawia się we mnie pytanie - jak konkretnie miała wyglądać ta figura, bo zasadniczo wizerunek Matki Boskiej brzemiennej nie jest sprzeczny z wiarą Kościoła. Jeśli chodzi o opór w stosunku do pewnych obrazów, mogę podać przykład na styku Wschodu i Zachodu. W katolickiej tradycji rozwinął się kult św. Józefa i św. Rodziny. Na Wschodzie był on znacznie mniej obecny i w tradycji tamtejszego Kościoła nie ma osobnej ikony z przedstawieniem Świętej Rodziny. Natomiast wśród ludzi związanych z Kościołem rzymskokatolickim, którzy malują ikony, stał się to temat dość popularny w takim ujęciu: Matka Boża, św. Józef, trochę większy od niej i obejmujący ją, a między nimi Jezus. To ujęcie wzbudziło zastrzeżenia ludzi związanych z tradycją wschodnią. Gest objęcia Matki Bożej przez Józefa mógłby sugerować ich bliskość małżeńską, a tradycja głosi, że Matka Boska pozostała dziewicą, także po narodzeniu Pana Jezusa. Moim zdaniem, bardzo ważne jest, by obraz odzwierciedlał dokładnie wiarę Kościoła. W naszym środowisku trwają poszukiwania takiego sposobu ukazania św. Rodziny, który nie budziłby wątpliwości. W poznańskiej Farze w jednym z ołtarzy rzeźba hiszpańskiego, jezuickiego świętego została zasłonięta obrazem św. Judy Tadeusza. Podczas ostatniej konserwacji kościoła ku zaskoczeniu wszystkich znaleziono ukryty, pierwotny wizerunek. Do familiarnych świętych łatwiej się modlić? To jest kwestia żywości kultu. Wracamy do roli obrazu, wizerunku sakralnego. Powinien się narodzić z wiary i potrzeby Kościoła, czyli z żywego kultu danej osoby. Jeżeli powstanie danego wizerunku mija się z wiarą wspólnoty, której duchowość podąża inną drogą, zaczyna się problem. Potrafię sobie taką sytuację, jak opisana, wyobrazić. Jeżeli kult Judy Tadeusza był żywy i ludzie chcieli się do niego modlić, to szukali dla niego miejsca! Czy to, w jaki sposób artysta tworzy sztukę sakralną, odzwierciedla sposób, w jaki modli się wspólnota, do której kulturowo i duchowo przynależy? W Grecji pokazałem swoje ikony drogi krzyżowej księdzu prawosławnemu, który był liderem środowiska młodej inteligencji. Był zaintrygowany, powiedział, że to jest coś na granicy ikony i nieikony. Uważał, że moje obrazy są ikonami, ale widział w nich też większe niż w tradycyjnej ikonie skupienie na cierpieniu - cechę charakterystyczną dla sztuki zachodniej. Był ciekaw, dokąd pójdę dalej. Zastanawiam się, na ile na to przedstawienie drogi krzyżowej wpływ miały moje doświadczenia modlitwy we wspólnocie, jaką jest Kościół wschodni. Bo ikona interesowała mnie nie tylko formalnie, starałem się też poznawać tradycję wschodnią, teologię, duchowość prawosławną. Na moją wiarę w okresie dojrzewania tradycja wschodnia miała duży wpływ i uważam to za coś dla mnie bardzo cennego. Powrócę jeszcze do pani pytania: parafrazując "To, jak maluję ja, wynika z tego, jak modlimy się my". A "my" - chrześcijanie Zachodu - w dzisiejszych czasach modlimy się też na przykład słowami Akatystu. Moje poszukiwania są niewątpliwie częścią szerszego procesu i bez niego nie byłyby możliwe. Powrót do ikony ma znaczenie dla duchowości Kościoła zachodniego? Powrót do ikony - w sensie jej dostrzeżenia przez Kościół zachodni - nie tylko ma znaczenie "dla" jego duchowości, ale też jest objawem procesów, które w tej duchowości zachodzą. Jest wynikiem tego, że Kościół zachodni otwiera się na wartości duchowe obecne w Kościele wschodnim. To jest szerokie zjawisko, która ma wiele warstw i jedną z nich jest dostrzeżenie wartości ikony. Ale ikona objawia się w XX wieku nie tylko na Zachodzie, lecz także na Wschodzie. Weźmy najsłynniejsze ikony Chrystusa. Synajski Chrystus z VI wieku pod koniec XIX wieku pod warstwą sadzy stał wśród innych równie zabrudzonych desek na strychu klasztoru św. Katarzyny. Chrystus Rublowa był w XIX wieku stopniem w schodach, Chrystus z Deesis w Hagii Sophii do połowy XX wieku był przykryty warstwą tynku i nie był światu znany. Tradycja ikony z okresu jej świetności zaczyna się odsłaniać zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Mateusz Środoń - ur. 1972, malarz ikon (ikonopis), Absolwent Wydziału Grafiki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i Szkoły Hagiografii Bizantyjskiej Prawosławnej Metropolii Pireusu w Grecji, współorganizator Studium Chrześcijańskiego Wschodu przy klasztorze Dominikanów w Warszawie, w ramach którego prowadzi warsztaty ikonograficzne. Autor malarskiego wystroju kościoła Najświętszej Marii Panny w Międzylesiu, współautor koncepcji wystroju i polichromii ściennych w kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego. Żonaty, ma troje dzieci, mieszka w Warszawie. Jest ich co najmniej piętnaście. Ale czy są prawdziwe? Gdy o nich myślę, czuję się trochę jak w chwilach, kiedy przekraczam próg kaplicy jasnogórskiej wypełnionej tłumem wiernych. Trudno wówczas dotrzeć do ołtarza, by być blisko Cudownego Obrazu, oglądam więc Czarną Madonnę odbitą w spojrzeniu wpatrzonych w Nią ludzi. Stefan Wyszyński napisał o nich: „Zdumiewająca była ich spokojna, ufna wiara. Tego nie można nazwać żadną miarą niewiedzą religijną, bo z tym się łączy patrzenie w głąb, niemal jakieś mistyczne obcowanie. Ci ludzie widzą to, w co wierzą”. Czy nie jest podobnie z adoracją świętych relikwii Jezusa? Dlatego wcale nie musimy dopytywać usilnie o ich autentyczność. Relikwia jasnogórska? Wspominam o obrazie Czarnej Madonny... On też jest jedną z Jezusowych pamiątek. Przez dziesiątki pokoleń wierzono, że jasnogórski wizerunek został namalowany na deskach stołu z domu Świętej Rodziny. Przy tym stole Jezus siedział, na tych deskach kładł swoje dłonie. Może drewno „pamięta” jeszcze Jego dotyk? Cóż z tego, że badania naukowe zadają kłam tym wierzeniom. Dla ludzi, o których pisał bł. Prymas Tysiąclecia, ten obraz jest pośrednikiem: umożliwia kontakt ze świętością Domu Maryi. Ufna wiara ludzi buduje most między kaplicą jasnogórską a nazaretańskim mieszkaniem. Przywołuje łaskę, obdarza cudami, zmienia ludzkie życie na święte. To dowody na to, że relikwia jest „prawdziwa u Boga”. Jest to dla nas ważniejsze niż ocena naukowców (choć i ją cenimy). Zachwyt Ludwika IX Czy nie jest podobnie z pozostałymi pamiątkami po Jezusie? Mogę sobie tylko wyobrazić, jak biło serce św. Ludwika († 1270), kiedy w przerwie między obowiązkami kroczył przez specjalne przejście łączące jego prywatne pokoje z Sainte-Chapelle i padał krzyżem w zalanej kolorowym światłem kaplicy. Albo kiedy nocą przemykał tam na adorację. Kaplicy, która przylegała do królewskiego pałacu, nadano kształt ogromnego relikwiarza. Stała się miejscem przechowywania bezcennych pamiątek po Zbawicielu. Były tam korona cierniowa i fragment krzyża, włócznia święta i gąbka święta, a także Mandylion. Ludwik był po Bożemu szalony: pozyskał te relikwie za ponad połowę budżetu swego królestwa (zapłacił 70 tonami srebra) i specjalnie dla nich wzniósł najpiękniejszą budowlę gotycką na świecie. W Sainte-Chapelle znajdowały się dwadzieścia dwie bezcenne relikwie. Dziś miejsce to jest puste... Ktoś zapyta: Co się stało z pamiątkami po Jezusie? W odpowiedzi należy wypowiedzieć dwie uwagi. Po pierwsze – przez całe średniowiecze z korony cierniowej odłamywano pojedyncze ciernie i przekazywano je do miejsc, które chciano szczególnie wyróżnić, darowywano je też zaprzyjaźnionym królom, a ci umieszczali je w insygniach swej władzy. W końcu korona została pozbawiona cierni. Po drugie – większość relikwii z Sainte-Chapelle została zniszczona podczas rewolucji francuskiej. Taki los spotkał w 1793 r. nawet główny złoty relikwiarz, w którym przechowywano pamiątki po męce i śmierci Chrystusa. Ocalały tylko wspomniana korona, fragment krzyża i gwóźdź z ukrzyżowania. Czy są to prawdziwe relikwie? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie nie jest dla nas zadaniem fundamentalnym. Najważniejsze są ufna wiara francuskiego króla i oddawana przez niego cześć, jego podziw, łzy, zachwyt – to, co sam zauważam na Jasnej Górze. Myślę: władca Francji został wyniesiony na ołtarze. Nawet jeśli relikwie z Sainte-Chapelle nie były autentyczne, Ludwik stał się prawdziwym świętym. Najcenniejsze są „militaria” Spójrzmy na współczesną listę pamiątek po Zbawicielu. Widnieje na niej co najmniej piętnaście przedmiotów: są wśród nich drzewo krzyża, korona cierniowa, fragment tabliczki z napisem: „Jezus Nazareński”, gwoździe, którymi przybito Jezusa do krzyża, oraz kilka płócien związanych z Jego męką… Dla mnie najbardziej fascynujące są relikwie, które określa się mianem arma Christi. Pod tym łacińskim terminem kryje się broń, którą Jezus pokonał szatana i wyzwolił ludzi z jego niewoli. Relikwie z tej grupy przypominają, że Jezus uratował nas, posługując się narzędziami męki. Nie był wojownikiem, nie zadawał bólu innym, nikogo nie zabił. On przyjął cierpienie na siebie i zgodził się umrzeć za nas. Tą arma są: kolumna biczowania i bicze, korona cierniowa, krzyż, gwoździe, młotek i obcęgi, drabina, gąbka, włócznia, a także srebrniki czy kości do gry. To narzędzia cierpienia – nie zadanego nieprzyjacielowi, ale przyjętego. Część z nich czcimy do dziś jako relikwie. Nawet jeśli nie byłyby one prawdziwą arma Christi, a stanowiły tylko jej kopię czy symboliczny obraz, to przecież i tak kierują one naszą uwagę ku Jezusowi i tłumaczą, co znaczy walczyć razem z Nim o zbawienie dusz. Arma Christi to też arma mea – moja broń. Pamiętam, jak Jan Paweł II mówił „o tej wstrząsającej i nigdy do końca niezgłębionej tajemnicy, mocą której zbawienie wielu dusz zależy od modlitw i cierpień dobrowolnie znoszonych w tej intencji przez członków Mistycznego Ciała Chrystusa”. Arma Christi, którą adorujemy, wywraca nasz świat do góry nogami. Przegrany staje się zwycięzcą, uniżony zasiada na tronie chwały, cierpiący z Chrystusem ratuje świat spadający w piekło. Tak. Właśnie dlatego jesteśmy gotowi paść przed tymi relikwiami na twarz. Vera Crux i tabliczka Przyjrzyjmy się kilku najważniejszym pamiątkom po Jezusie. Najświętszą z relikwii jest drzewo krzyża. Zgodnie z tradycją św. Helena, matka cesarza Konstantyna, udała się w latach 326-28 do Jerozolimy i tam odnalazła to narzędzie męki. Zidentyfikowanie go było możliwe dzięki kolejnej relikwii. Titulus crucis to tabliczka z zapisanym imieniem Jezusa Nazareńskiego. Helena miała podzielić krzyż na trzy części i ofiarować je Jerozolimie, Rzymowi i Konstantynopolowi. Z czasem krzyż zaczęto dzielić na drobne części, by znaczniejsze świątynie mogły mieć cząstkę tej świętej relikwii. W Polsce możemy oddać jej cześć w dwunastu miejscach, np. w Świętym Krzyżu, a także w licznych kościołach pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego: w Warszawie, Katowicach, Jeleniej Górze czy Częstochowie. Największe fragmenty Vera Crux znajdują się w kościele św. Guduli w Brukseli i w rzymskiej bazylice Santa Croce. Dodajmy, że gdyby wszystkie relikwie świętego krzyża zostały zebrane razem, wcale nie stanąłby przed nami las. Naukowcy wykazali, że wszystkie jego fragmenty wypełniłyby zaledwie jedną trzecią krzyża, na którym umarł Jezus. Gwoździe Matka Konstantyna odnalazła w Jerozolimie także gwoździe, którymi przybito Jezusa do krzyża. Ponadto jeden z nich przekazała Rzymowi, dwa pozostałe darowała swemu synowi. Ponadto jeden z nich cesarz kazał podzielić na części i wtopić je w swój hełm i uzdę konia, aby chroniły go przed nieszczęściami. Drugi można dziś oglądać w muzeum Santa Maria della Scala w Sienie. Ponad trzydzieści kościołów chlubi się posiadaniem relikwii świętego gwoździa. Wynika to zarówno z faktu, że w średniowieczu relikwie dzielono na niewielkie części, jak i stąd, że wykonywano ich liczne kopie i pocierano je o oryginał. W ten sposób powstały tzw. relikwie trzeciego stopnia. Jeden z takich gwoździ znajduje się np. na Wawelu w Krakowie. Całun Turyński Chyba najbardziej znaną Jezusową relikwią jest Całun Turyński. To tkane ręcznie płótno grzebalne, na którym oglądamy wizerunek ukrzyżowanego mężczyzny z ranami i plamami krwi odpowiadającymi opisom męki Jezusa. Od 1578 r. Całun znajduje się w Turynie. Miliony chrześcijan wierzą, że jest on autentycznym materiałem pochówkowym, który został użyty do owinięcia Jezusa po Jego śmierci na krzyżu. Jeżeli tak jest, to na płótnie znajduje się Chrystusowa krew. Ślady po ranach zadanych Zbawicielowi pozwalają nam zaś głębiej poznać cenę naszego odkupienia. Jan Paweł II tłumaczył: „Ślad udręczonego ciała Ukrzyżowanego jest świadectwem straszliwej ludzkiej zdolności zadawania bólu i śmierci bliźnim (...). Całun nie tylko każe nam wyjść z naszego egoizmu, ale pozwala nam odkryć tajemnicę cierpienia uświęconego przez ofiarę Chrystusa, które stało się źródłem zbawienia dla całej ludzkości”. Oto owoce użycia arma Christi. Sam zadaję sobie trudne pytanie: czy po tym, co widzę, wciąż jestem gotów chwycić za tę broń? Chusta z Manoppello Kolejna powszechnie znana pamiątka po Jezusie to Volto Santo (Święte Oblicze), nazywana również „Weraikoną” (Prawdziwym Obrazem), której powstanie Tradycja wiąże ze św. Weroniką. Chusta nie przestaje zdumiewać. Ponieważ oblicze Jezusa zostało przedstawione na morskim jedwabiu, już z tego powodu jest ona „cudem” – nikt nie jest w stanie na tego rodzaju materiale czegokolwiek namalować, a tym bardziej stworzyć tak doskonałego obrazu. Nałożenie na siebie oblicza z Całunu Turyńskiego i Twarzy z Manoppello wykazało, że wizerunki tak dokładnie do siebie pasują, iż mówi się o graficzno-matematycznym dowodzie na to, że mamy do czynienia z tą samą Osobą... Chusta z Oviedo W Oviedo w Hiszpanii od początku VIII wieku znajduje się kolejna bezcenna relikwia, nazywana Sudarionem. To chusta pośmiertna, którą zakryto twarz umęczonego Jezusa. I znowu – Sudarion nałożony na Całun Turyński i Oblicze z Manoppello wskazuje na tę samą postać; również układ plam krwi na tkaninach jest identyczny; mamy też tę samą grupę krwi (AB). Trzy najważniejsze pamiątki po Jezusie wskazują na tę samą Osobę. Chyba rzeczywiście należy to słowo pisać z wielkiej litery... Tunika z Argenteuil Pamiątką po Jezusie jest też suknia, o którą żołnierze rzymscy rzucali losy. Z Jerozolimy trafiła ona do Konstantynopola, potem została podarowana Karolowi Wielkiemu, a ten przekazał ją benedyktynkom z Argenteuil, gdzie przeoryszą była jego córka – Teodrada. Od tej chwili klasztor w Argenteuil jest celem pielgrzymek z całej Europy. Dwa razy przybywał tu wspomniany już św. Ludwik IX. Dodajmy, że ślady na Tunice pokrywają się ze śladami ran na plecach z Całunu Turyńskiego, jest tu też ta sama grupa krwi, co na relikwii z Turynu. Mamy więc kolejny ślad prowadzący do tego samego źródła. Znowu stajemy wobec umęczonego Jezusa, który umarł za nas, byśmy mieli życie w obfitości. Scala Santa To schody z Pretorium, po których Jezus miał wstępować, by zostać osądzonym przez Piłata. Liczą one dwadzieścia osiem stopni, a miała je odnaleźć również św. Helena. Pokryte są drewnianą okładziną, znajdują się naprzeciwko Bazyliki św. Jana na Lateranie. Wchodzi się po nich na kolanach. To nasza forma oddawania czci Jezusowi, który był gotów zrobić wszystko dla nas i naszego zbawienia. Włócznia Przeznaczenia Jest i włócznia, którą rzymski legionista przebił ciało Jezusa Chrystusa przed Jego zdjęciem z krzyża. Od X wieku była atrybutem władzy cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Obecnie jest ona przechowywana z insygniami cesarskimi w Wiedniu. Jej kopia została podarowana księciu polskiemu – Bolesławowi I Chrobremu przez Ottona III w 1000 r. Można ją zobaczyć w Muzeum Katedralnym w Krakowie. Pamiątka, która nie jest relikwią Są jeszcze sandały Jezusa, kolumna biczowania i wiele innych mniej lub bardziej wiarygodnych pamiątek po Jezusie. Niektóre z nich zaistniały tylko po to, by odpowiedzieć na oczekiwania wiernych, ale nawet one mają do spełnienia swoją misję. Kierują naszą uwagę na cenę naszego zbawienia. Na koniec wypowiadamy najpiękniejsze chrześcijańskie słowo: Eucharystia! Jezus, po którym szukamy pamiątek, łamie chleb i mówi do nas: „To czyńcie na moją pamiątkę!” (Łk 22, 19). W tym sakramencie spotykamy nie relikwię – nie arma Christi – ale samego Chrystusa. Nie adorujemy Jego męki w relikwiach pierwszego, drugiego czy trzeciego stopnia. On tu jest! Jego męka się uobecnia! Zbawiciel powiedział do św. Teresy Wielkiej, że przychodzi do nas prawdziwie tylko w Eucharystii. Pozwolę sobie napisać jeszcze dwa zdania. Gdy myślę o najpiękniejszych chwilach mojego duchowego życia, przed oczami staje mi piękno pustej Sainte-Chapelle, którą zalewa zimowe słońce 1999 r. Mam też wciąż w oczach scenę z Turynu, kiedy w 2010 r. podczas wystawienia Całunu kapłan na krótką chwilę wzniósł ku niebu wielką Hostię, a w tle widać było Grzebalne Płótno Jezusa… Wincenty Łaszewski, "Niedziela" (artykuł ukazał się w tygodniku "Niedziela" w wydaniu nr 28/2022) Otarcia kolan, rozległe rany pleców wynikające najpewniej z wielokrotnego zadawania razów ostrym podłużnym narzędziem, przebite i zdeformowane nadgarstki, rana kłuta klatki piersiowej oraz liczne ślady krwi potwierdzające zgon – to nie fragmenty z raportu policyjnego z miejsca zbrodni, a opis badań mężczyzny przedstawionego na Całunie Turyńskim. Badań, które mimo coraz bardziej zaawansowanych metod i technik prowokują do stawiania nowych pytań. Całun Turyński swoją niezwykłość ujawnił w dość zaskakujący sposób. 25 maja 1898 roku późnym wieczorem włoski fotograf Secondo Pia przygotowywał się do zrobienia fotografii rozpiętego nad ołtarzem w katedrze turyńskiej starego płótna przedstawiającego zarys mężczyzny. Zlecenie na zdjęcie otrzymał od samego króla Humberta I, więc zabrał się za to z ogromną skrupulatnością. Na wzniesionej przed ołtarzem platformie ustawił duży skrzynkowy aparat fotograficzny i włączył lampy, którymi rozpraszał ciemność wciskającą się w zakamarki kościoła pod wezwaniem świętego Jana. Zanim Pia nacisnął spust migawki, sprawdził, czy elektryczne światło nie gra refleksami na grubej szybie, za którą rozciągał się pożółkły materiał uchodzący według tradycji chrześcijańskiej za płótno pogrzebowe, którym owinięto Jezusa Chrystusa po śmierci. Wystawiano je na widok publiczny niezwykle rzadko, najczęściej w okolicy Świąt Wielkanocnych, dlatego mężczyzna starał się jak najdokładniej udokumentować wizerunek ludzkiej postaci na zdjęć zajął się od razu po powrocie do domu. Kiedy podniósł do oczu pierwszy negatyw, oniemiał z wrażenia. Miał przed sobą realistyczny obraz odwzorowanego na materiale człowieka, ze szczegółami i nadającymi mu trójwymiarowość tonalnymi cieniami, dotąd ukrytymi przed oczami obserwatorów. Wyglądało to tak, jakby w szklanej kasecie spoczywał wypalony na płótnie negatyw, a dopiero negatyw fotograficzny stał się jego właściwym wizerunkiem. Efekt, jaki Pia uzyskał w ciemni, wzbudził sensację i stał się przyczynkiem do rozpoczęcia badań fotografii twarzy z Całunu Turyńskiego, którą w 1898 roku zrobił Secondo Pia / Źródło: Wikipedia/Secundo Pia (PD) Nie relikwia, lecz dowód zbrodniSyndologia. Słowo utworzone od włoskiego określenia "Santa Sindone", które tłumaczy się jako "Święty Całun", oznacza dziedzinę nauki zajmującą się badaniem Całunu Turyńskiego. Przez ponad wiek od negatywowej fotografii wykonanej przez Secondo Pia dziesiątki, jeśli nie setki syndologów pochylało się nad zagadkami zapisanymi na pożółkłym płótnie. Najczęściej korzystali z podobnych technik, z jakich na co dzień korzystają policjanci kryminalni w prowadzeniu śledztw dotyczących zabójstw. Bo jeśli spojrzeć na Całun jak na dowód w sprawie o zabójstwo, można dowiedzieć się interesujących rzeczy na temat odwzorowanego na nim Turyński. Jakie tajemnice kryje przedstawiona na płótnie postać mężczyzny?Człowiek przedstawiony na Całunie Turyńskim ma około 180 centymetrów wzrostu, jest szczupłej, atletycznej budowy ciała. Zdaniem antropologów można założyć, że najpewniej miał nieco więcej niż 30 lat, ale mniej niż 45. Odwzorowanie sylwetki mężczyzny sugeruje, że złożono go na połowie płóciennego pasa, a drugą połową okryto go od góry. Jest nagi, ma długie włosy i zarost na twarzy. Splecionymi dłońmi osłania genitalia. Jeśli przyjrzeć się mu dokładniej, można dostrzec na tkaninie ciemniejsze plamy, które wyglądają jak zaschnięta krew. Tym tropem poszli naukowcy, którym pozwolono zbadać Całun Turyński. Potraktowali go nie jak relikwię, lecz jak dowód sądowa i kryminalistyka pozwoliły dojść do interesujących ustaleń. Brytyjski lekarz doktor David Willis w latach 60. ubiegłego wieku sporządził wykaz obrażeń ciała odwzorowanego na tkaninie mężczyzny. Szczególną uwagę poświęcił jego twarzy. Wyszczególnił siedem punktów:1. obrzęk obu łuków brwi;2. rana prawej powieki przypominająca rozdarcie;3. opuchlizna obejmująca nos;4. rozległy obrzęk na twarzy poniżej prawego oka;5. rana w kształcie trójkąta na prawym policzku;6. obrzęk lewego policzka;7. obrzęk lewej strony Całunu Turyńskiego (z negatywem po lewej), którą w 1898 roku zrobił Secondo Pia / Źródło: Wikipedia/Assaf (PD) Następnie zajął się analizą pozostałych obrażeń, w tym ciemnych śladów na płótnie przypominających zaschniętą krew. Na początku lat 80. włoski lekarz, doktor Pierluigi Baima Bollone, ustali, że ciemne plamy to krew grupy zaobserwował osiem niezależnych strużek wyglądających tak, jakby wypłynęły z ran z tyłu głowy mężczyzny. Mogłoby to sugerować – odnotował w raporcie – że "zostały zadane przez coś w rodzaju czepca z cierni". "Na odbiciu przodu głowy widać również podobne ślady krwi, spowodowane przekłuciami, ale są one mniej liczne niż z tyłu głowy. Cztery lub pięć strużek krwi płynęło od szczytu czoła ku oczom, inne zmieszały się z masą włosów otaczających twarz" – pisał w ekspertyzie przytaczanej przez Iana Wilsona w książce "Całun Turyński". Zauważył też, że plecy człowieka na tkaninie pokryte są rozmieszczonymi wachlarzowato niezbyt głębokimi cięciami, które przypominają ślady po długotrwałym biczowaniu, a na prawym boku musiała znajdować się rana, z której na płótno wysączyła się nieco jaśniejsza od krwistych plam substancja. Sugerował, że wskutek długotrwałego bicia w płucach mężczyzny mógł nagromadzić się płyn z opłucnej, który następnie wypłynął przez ranę. Wzmianka o tym znajduje się w Ewangelii świętego Jana."Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda".("Biblia Tysiąclecia", J 19,33-35)Na prawym ramieniu i łopatce mężczyzny z płótna doktor David Willis dostrzegł też innego rodzaju uszkodzenie ciała, coś jakby krwawe stłuczenie, które mogłoby sugerować, że doznał on w tym miejscu otarcia od jakiegoś ciężkiego przedmiotu. Być może od dźwiganej belki mężczyzny z Całunu Turyńskiego w negatywie wygląda jak czarno-biała fotografia portretowa. Nie wiadomo, jaką techniką został wykonany / Źródło: Wikipedoia (CC-PD) Doktor Giovanni Battista Judica Cordiglia, specjalista medycyny sądowej z uniwersytetu w Mediolanie dołożył do tych obrażeń zaobserwowane na całunie krwawe, bolesne kontuzje kolan. Za to doktor Pierre Barbet, przedwojenny naczelny chirurg z paryskiego Szpitala Świętego Józefa, poszedł na całość. Wykorzystując zwłoki i amputowane ludzkie kończyny, sprawdzał, w jaki sposób – w odniesieniu do wizerunku z płótna – przebito gwoździami ręce i stopy krzyżowanego z zaskoczeniem odnotował, że podczas przebijania nadgarstka, kiedy uszkodzeniu ulegał biegnący w przedramieniu nerw pośrodkowy, dłoń nabierała charakterystycznego kształtu wynikającego z przykurczu kciuka. Dokładnie takiego, jak widać na dłoni z Całunu analiza, interpretacja, krytykaDoktor Willis, podobnie jak wielu innych badaczy, nie miał wątpliwości, że ukazany w ten sposób człowiek został ukrzyżowany. Obraz ran i intensywność krwawienia pozwalały dodatkowo sądzić, że wizerunek na tkaninie przedstawia martwego już mężczyznę. Choć analizy samego "śladu" ciała nie mają wiele wspólnego przykładowo z badaniem zwłok pozostawionych na miejscu zbrodni, warto odnotować, co jeszcze udało się dostrzec uczonym na starym, pożółkłym Giovanniego Battisty della Rovere (1575-1640) przedstawiający okrywanie ciała Jezusa całunem / Źródło: Wikipedia (PD) Przechowywana w relikwiarzu w turyńskiej katedrze tkanina przypomina w swoim splocie płótna grzebalne, jakie odnajdywano w żydowskich grobach z I wieku naszej ery. Dokładne badania jej splotów przeprowadził profesor Gilbert Raes z Instytutu Technologii Włókiennictwa z belgijskiej Gandawy, jeden z członków zespołu uczonych, którym pozwolono w 1969 roku pobrać próbki do analizy. Profesor Raes otrzymał dwa fragmenty – jeden o wymiarach 13 na 40 milimetrów i drugi o wymiarach 10 na 40 milimetrów. Zaobserwował, że płótno z całunu zostało utkane inaczej, niż w czasach Chrystusa tkano zwykłe materiały z lnu – naprzemiennie jedna nić górą, druga dołem. Splot z próbek odpowiadał ówczesnej metodzie tkania jedwabiu – w tak zwaną jodełkę z trzech profesora nie musiało to jednak świadczyć o fałszerstwie całunu, lecz mogło sugerować, że osoby zajmujące się grzebaniem zmarłego wybrały droższą, mocniejszą metodą sprawdzenia wieku pogrzebowej materii było przeprowadzenie badań z użyciem datowania metodą C14 polegającą na analizie rozpadu izotopu radioaktywnego węgla. Sposób ten znany jest w archeologii i sprawdza się na przykład w określaniu wieku kości. Wycięte z Całunu Turyńskiego próbki badały trzy niezależne laboratoria, które określiły datę powstania płótna na lata 1260-1390. Wyniki te spotkały się jednak z krytyką części naukowców wskazujących, że materiał mógł być zanieczyszczony, a rezultat badania – o wiek Całunu Turyńskiego wciąż rozgrzewa umysły naukowców do tego stopnia, że niektórzy – by ustalić, kiedy mogło powstać to pełne zagadek płótno – konstruują nawet specjalne urządzenia. Tak postąpił na przykład profesor Giulio Fanti, włoski chemik, który zbudował spektrometr do zbadania włókien pobranych z płótna. Jak napisał w wydanej sześć lat temu książce, przedstawiony na tkaninie wizerunek mężczyzny przypominający ukrzyżowanego Jezusa może pochodzić z okolic roku zerowego naszej ery – z możliwością odchylenia po kilka wieków w każdą stronę. Wynik na tyle nieprecyzyjny i precyzyjny zarazem, że każdy może interpretować go na swój z węgierskiego Manuskryptu Praya z lat 1192-1195 przedstawiająca pogrzeb Chrystusa / Źródło: Wikipedia (PD) Srebrna szkatuła w płomieniachPewne przekazy wskazują, że płótno to dotarło do Europy w dobie wypraw krzyżowych. Istnieje dokument sugerujący, iż w połowie XIII wieku cesarz Konstantynopola Baldwin II chciał sprzedać francuskiemu królowi Ludwikowi IX tkaninę ze świętym obliczem. Za to pierwsza wiarygodna historyczna wzmianka o Całunie Turyńskim pochodzi dopiero z połowy XIV listów i kościelnych dokumentów wynika, że w kolegiacie w Lirey w Szampanii znajdowała się tkanina z wizerunkiem złożonego do grobu ukrzyżowanego Jezusa, która stała się obiektem silnego lokalnego kultu i pielgrzymek. Co ciekawe, zachowała się nawet decyzja biskupa z Troyes z 1370 roku uznająca całun za fałszerstwo wykonane ręką sprytnego malarza i zabraniająca oddawania mu czci. Wiadomo, że tkanina była przenoszona następnie między kilkoma kościołami, aż w 1532 roku, gdy leżała zdeponowana w kaplicy kolegiaty w Chambery, o mało nie spłonęła w pożarze kościoła. Płomienie dosięgły wówczas srebrnej szkatuły, w której przetrzymywano uzupełnienia i ślady napraw na Całunie Turyńskim / Źródło: tvn24 Temperatura była tak wysoka, że szkatuła zaczęła się topić i kapać rozgrzanym srebrem na płótno. Wyniesiono ją z płonącego kościoła, a rozgrzaną do kilkuset stopni Celsjusza przepaloną już w kilku miejscach tkaninę skropiono wodą, co pozostawiło na niej widoczne zacieki. Zniszczenia od wysokiej temperatury i ognia powstałe w rogach złożonego całunu uzupełniły następnie zakonnice, wszywając w te miejsca szesnaście trójkątnych 1578 roku tkanina trafiła do Turynu, gdzie jest do Turyński przechowywany jest w katedrze św. Jana Chrzciciela w Turynie. Raz na jakiś czas mogą go obejrzeć wierniZagadką pozostaje, co mogło dziać się z płótnem, zanim pojawiły się o nim pierwsze historyczne wzmianki. Zdaniem Iana Wilsona, brytyjskiego autora znanego między innymi z książek o Całunie Turyńskim i życiu Jezusa, przechowywana w turyńskiej katedrze świętego Jana materia najpewniej jest wspominanym już w VI wieku i zaginionym w XIII wieku tak zwanym mandylionem, czyli przedstawionym na chuście wizerunkiem Chrystusa w formie którego nazwa pochodzi od greckiego słowa "mandilion" oznaczającego "ręcznik", tradycja chrześcijańska utożsamia z tak zwaną chustą świętej Weroniki. Według legendy Weronika otarła nią twarz Jezusa prowadzonego na ukrzyżowanie. Na chuście tej miało wówczas odcisnąć się jego z Edessy z prywatnej kaplicy papieskiej / Źródło: Wikipedia (CC BY-SA Wilson utrzymuje, że po czterokrotnym złożeniu Całunu Turyńskiego uzyskamy "portret" ukazanego na nim mężczyzny, taki jak na przedstawianej w ikonografii chuście świętej Weroniki. Na składanie płótna w ten sposób wskazują jego zdaniem załamania materiału i ślady przebić pozwalających zamocować je w relikwiarzu. Przypomina, że według średniowiecznej interpretacji męki i ukrzyżowania Jezusa należało ukazywać okrytego choćby częściowo. Eksponowanie płótna, na którym ukazano by jego nagość, było po prostu monety z pomyłkąCo ciekawe, jeśli się dokładnie przyjrzeć postaci mężczyzny z Całunu Turyńskiego, można odkryć jeszcze kilka interesujących szczegółów. 40 lat temu włoscy uczeni – Giovanni Tamburelli i Piero Ugolotti – zauważyli, że jego oczy przykryte są jakimiś okrągłymi kształtami. Okazało się, że były to niewielkie monety, leptony, z początków naszej ery, bite przez rzymskiego namiestnika Poncjusza zwyczaj układania monet na powiekach osób zmarłych był powszechny w tamtym czasie. Z kolei jezuita i profesor teologii z Chicago, ojciec Francis Filas, przyjrzał się dokładniej i na jednej z monet dostrzegł cztery litery: YCAI. Ten trop podsunął mu odpowiedź, kiedy trafiły do obiegu – dokładnie między 30. a 32. rokiem nasze ery. Skąd taka precyzja? Udało się to ustalić dzięki błędowi i zamianie jednej litery – K na C. Prawidłowy grecki napis na monecie powinien wyglądać tak: "TIBEPIOYKAIKAPOC", czyli "Cezara Tyberiusza". Leptony z błędnym "TIBEPIOYCAIKAPOC" bito tylko przez dwa reklamujący wystawę całunu w Turynie z 1898 roku / Źródło: Wikipedia (PD) Choć naukowcom udało się ustalić już całkiem sporo informacji na temat przedstawionego na Całunie Turyńskim człowieka, wciąż brakuje odpowiedzi na najważniejsze pytanie: w jaki sposób jego wizerunek się tam udało się jak dotąd rozszyfrować i odtworzyć metody takiego odwzorowania ukrzyżowanego człowieka, ze szczegółami, do których nawet najbardziej genialny średniowieczny artysta nie przykładałby wagi, przygotowując wiadomo, w jaki sposób utrwalono przed wiekami trójwymiarowy obraz człowieka na płótnie ani jaki barwnik został do tego wykorzystany. Jedne badania sugerowały na przykład, że użyto purpurowej wydzieliny tropikalnego ślimaka, inne podpowiadały metodę wypalania wizerunku na płótnie przez owinięcie nim rozpalonego do czerwoności metalowego nie przyniosła pożądanego tej kwestii wiemy tyle samo, co fotograf Secondo Pia, który 121 lat temu z niedowierzaniem wpatrywał się w odbitą w negatywie twarz mężczyzny z Całunu Turyńskiego. 11 kwietnia 2020 20:51/w Informacje, Kościół, Polecamy, Polska Radio MaryjaDo publicznej adoracji został w Wielką Sobotę wystawiony Całun Turyński. Modlitewne czuwanie przy relikwii w kaplicy katedry Świętego Jana Chrzciciela transmitowane było przez media na całym świecie. Wydarzenie miało związek z pandemią koronawirusa. Zgodnie z tradycją w lniane płótno, na którym widnieje obraz postaci ludzkiej, owinięte było ciało Chrystusa po ukrzyżowaniu. Podczas sobotniego – nadzwyczajnego – wystawienia Całunu modlitwie przewodniczył metropolita Turynu ks. abp Cesare Nosiglia. – W tą Wielką Sobotę w dzień rozmyślania przy grobie Pańskim, w dzień wyczekiwania na Jego zmartwychwstanie, jednoczymy się w modlitwie całej ludzkości o uwolnienie od pandemii, która zabija i zabiera życie. W tym oczekiwaniu przychodzi do nas pełne łagodności i pokory oblicze Pana, odciśnięte na Całunie – mówił duchowny. Za tą nadzwyczajną inicjatywę wystawienia Całunu podziękował w liście do metropolity Turynu, Ojciec Święty Franciszek. Papież wskazał, że w obliczu z Całunu widać wielu chorych, samotnych, ofiary wojen, przemocy, niewolnictwa i prześladowań. To oblicze zniekształcone przez rany niesie ze sobą wielki pokój. Jego spojrzenie nie szuka naszych oczu, ale naszego serca, jak gdyby chciało powiedzieć: zaufaj, nie trać nadziei; siła Bożej miłości, siła Zmartwychwstałego zwycięża wszystko. — Papież Franciszek (@Pontifex_pl) April 11, 2020 Ks. abp Cesare Nosiglia akcentował, że właśnie jako chrześcijanie, w świetle Pisma Świętego, kontemplujemy w Całunie ikonę Pana Jezusa, który został ukrzyżowany, umarł i zmartwychwstał. – Jemu się powierzamy. Jemu ufamy. Niech Jezus da nam siłę, by stawić czoła, każdej próbie z wiarą, nadzieją i miłością. Będąc pewnymi, że Ojciec zawsze wysłuchuje swoich dzieci, które do Niego wołają, i je zbawia – podkreślił ksiądz arcybiskup. Metropolita Turynu akcentował, że „Całun pomaga nam wyjść poza nasze niespokojne życie i odkryć, że jest w nim przesłanie śmierci i życia ściśle związane z historycznym wydarzeniem Chrystusa i Jego Męki. A to – jak dodał- otwiera serce, umysł i największą głębię każdego z nas na wiarę i nadzieję”. TV Trwam News

oblicze pana jezusa z całunu